atrakcyjna dla siebie

21 marca 2016

Dziś chcę podzielić się z Tobą tekstem z mojej książki, który do tej pory nie był publikowany na blogu. Choć napisałam go dwa lata temu wciąż jest dla mnie ważny. Ponieważ nie będę już publikowała nowego tekstu przed Świętami pragnę życzyć Ci akceptacji tego jak JEST. Nawet jeśli jest Ci w tym momencie bardzo trudno.

Uczmy się od Niego.

Owocnego czasu:*

A to obiecany fragment:

Zazdrość

W moim sercu pojawia się czasem ukłucie. Bywają sytuacje, że jest ono bardzo delikatne, ledwo wyczuwalne, coś na kształt muśnięcia igłą. Ale zdarza się, że wnika głębiej. Najpierw w dół, rozlewając się po brzuchu. Czuję, jak robi mi się coraz cieplej, jak mnie skręca. Kłujący ból promieniuje ku górze i zatyka przełyk, tak że trudno przełknąć ślinę. To trwa różnie. Czasem chwilę, czasem pięć minut, a czasem trzyma cały dzień. Może nie tak dosłownie cały czas, tylko w rzutach. Wraca, jak tylko o tym „czymś” pomyślę.

Wstyd

Chwilę później dołącza ukłucie numer dwa. I jest ono zupełnie inne. Choć droga przejścia dość podobna. Też zaczyna się od serca. Ono jeszcze nie zdążyło się pozbierać po poprzednim, a tu od razu drugie. To dzieje się w ułamkach sekund. W swej niemocy próbuje się więc schować za innymi narządami. Szuka sobie miejsca, próbuje zwolnić. Ukłucie numer jeden było gorące, a to jest lodowate. Nie potrafię znaleźć jakiegoś materialnego porównania. W jednej chwili zimno schodzi niżej i brzuch czuje pewną ulgę. Działa jak chłodny kompres na rozpalone wnętrzności. Tu zazwyczaj kończyła się moja historia zazdrości. Zostawiałam moją małą dziewczynkę z tym „czymś” sam na sam. Skoro poczuła to, czego poczuć nie powinna, to teraz niech cierpi. Przecież dobrzy ludzie nie powinni zazdrościć innym dobrym ludziom. Chwała Bogu, że przynajmniej się tego wstydzi, ale to za mało. „Teraz zostań z tym sama! Ja wychodzę do drugiego pokoju. I nie becz mi tu przypadkiem. No właśnie, beczysz, tyle razy ci już powtarzałam, że jesteś nadwrażliwa!”. To byłaby bardzo smutna historia, ale nie będzie. Ma swój własny happy and, a nazywa się on akceptacja.

Akceptacja

Zaczęłam od poznania tego, co we mnie siedzi. Od przyglądania się temu wszystkiemu, co do tej pory tak bardzo tłamsiłam, od czego tak szybko odwracałam wzrok. Szukałam, wyjmowałam i patrzyłam. Kładłam jak przysłowiową kawę na ławę i oglądałam. Naprawdę nie robiłam nic więcej. Czasem całe dni tylko patrzyłam. Zaglądałam coraz głębiej, a dna nie było widać. Z jednej strony mnie przerażało, że aż tyle tam tego jest, a z drugiej fascynowało, że to odkrywam. Jak już się napatrzyłam „po staremu”, z odpowiednią dawką wstydu i szczyptą nienawiści, to zaczęłam się uczyć patrzeć inaczej. Akceptacja – tak, od tego się wszystko zaczęło. Od tego rozpoczyna się zmiana. Nie zmieniłabym nic, gdybym najpierw nie poznała tego, co zmienić chciałam, i gdybym tego nie zaakceptowała. Dopiero później przyszła miłość.

Tekst pochodzi z mojej książki Atrakcyjna Mama Sztuka poznawania siebie, o której więcej możesz przeczytać TUTAJ🙂

Zachęcam, przeczytaj także:

Brak komentarzy

Zostaw komentarz