Z szuflady: (nie) moje dziecko

Kiedy Śmieszka miała niecałe dwa tygodnie po raz pierwszy z wizytą przyjechała do nas moja mama. My jako bardzo młodzi rodzice każdego dnia uczyliśmy się rozpoznawać potrzeby naszej maleńkiej córeczki – myślę, że szło nam całkiem dobrze. Aż tu pewnego dnia, pojawiły się wieczorne problemy z zaśnięciem. Czasami usypianie Śmieszki trwało od 20 do 23. Kiedy Malutka najbardziej płakała wchodziła moja mama i mówiła: to ja ją teraz ponoszę. Brała Śmieszkę na ręce i szła z nią do drugiego pokoju. Śpiewy i energiczne podskakiwania Malutkiej nawet przypadły do gustu, ale nie nam. Siedzieliśmy wtedy i patrzyliśmy na siebie, a nasze oczy mówiły: Dlaczego Ona zabrała NASZĄ córeczkę???  Czuliśmy się jak dwoje małych dzieci, którym ktoś odebrał ukochana zabawkę…

Trochę tak jest, że gdy rodzi się dziecko, którego ciałko jest całkowicie zależne od rodziców bardzo łatwo wpaść w przekonanie, że tylko my najszybciej rozpoznamy jego potrzeby i najlepiej je zaspokoimy . Wydaje nam się, że możemy, a nawet powinniśmy przejąć kontrolę nad tą nową Istotą – ona przecież nas tak bardzo potrzebuje.

Jednak czy to, że Śmieszka wybrała mnie na swoją matkę czyni mnie jej właścicielem? Oczywiście, że nie!  Moim zdaniem w początkowym okresie życia rodzice powinni służyć Małemu Człowiekowi. W najlepszym znaczeniu tego słowa. Duchowość dziecka jest ogromna, czasem tak bardzo, że na poziomie świadomym nie potrafimy sobie z nią poradzić. Kiedy spróbujemy jednak zamienić się rolami i zaczniemy uważnie obserwować i słuchać szybko przekonamy się, że wcale nie potrzebujemy trzymać się kurczowo przekonania, że to NASZE dziecko, bo możliwość patrzenia, jak rozwija skrzydła wolny ptak jest o wiele cenniejsza…

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry